Drukujemy esej wybitnego polskiego kompozytora współczesnego, a jednocześnie autora trzech powieści - Aleksandra Kościowa.
Zamówienie tekstu było możliwe dzięki sponsorowi - Stacji Nowa Gdynia.
RYTM OBECNOŚCI
Wystarczy wdech i wydech. Tak się zaczęło. Pierwsza fraza, jeszcze bez melodii, asemantyczna i bez kontekstu, a już pełna napięcia. Potem wystarczyło cokolwiek – byle dało się postrzegać jako więcej niż jednoelementowe. Na przykład – pytanie i odpowiedź; doświadczenie braku i doświadczenie obecności; na przykład – spotkanie. To już kontekst; w jego wymiarze można na takim pierwotnym rytmie zbudować pierwszą opowieść.
Rytm w spotkaniu dwóch osób napędza podstawowy współczynnik człowieczeństwa: uznanie wzajemności. Pozwala odrzucić pierwotny egoizm, czy egotyzm: punkt, z którego świadomość widzi tylko swoje "ja". W spotkaniu – gdzie nie sposób nie uwzględnić czegoś najbardziej obcego (innego "ja"), skąd widać "ja" sąsiednie – można zadać pytanie i oczekiwać odpowiedzi, można ten rytm odwrócić i oczekując pytania, chcieć odpowiedzią je domknąć. Rodzi to jedną z kluczowych par doświadczeń człowieka: doświadczenie czasu jako cykliczności, oraz doświadczenie wzajemności (niezbędnej, jeżeli przyjdzie budować jakieś socium, jakąś postać bycia wyższą niż zasklepioną w dziecięcym odgrodzeniu się "ja" od świata): napięcie. To wzór na opowieść w formie najpierwotniejszej: Napięcie postrzegane przez Czas = Opowieść, której narracją może być muzyka, rozmowa, spotkanie, wreszcie dowolna wzajemność: wymiana starań.
Historia muzyki wymienia rytm jako pierwsze, najpierwotniejsze zjawisko muzyczne. Nie trzeba nawet "muzykować", by móc go doświadczać. Życie (byt jednostki): wdech – wydech; spotkanie (byt społeczeństwa): ja sam – ja z kimś, dalej groźne napięcie wynikające z ewentualności braku: wstrzymanie oddechu; brak drugiej osoby. Z tego punktu widzenia wszelkie przeobrażenia tej podstawowej jednostki rytmicznej (atomu frazy) staną się, jako źródło napięcia, początkiem każdej fabuły: to krew i mięśnie kontrolowanej opowieści – zjawiska, którego uświadomienie-sobie odróżnia człowieka od reszty wszechświata. Odtąd, skoro osiągnięto taki punkt świadomości, widać rytm wszędzie: wystarczy dowolne cykliczne działanie, bicie serca, ruch słońca, krzyk pierwszej mowy. Rytm faluje, podnosi się i opada, w samych korzeniach bycia.
Dalej prehistoria muzyki, rozumiana jako opowieść o kulturze, rodzi taniec: rytm widzialny i wyczuwalny. Arsis-thesis – wznoszenie i opadanie: napięcie sprzeciwu wobec grawitacji – ulga powrotu do jej zaborczego prawa-konieczności. Jak unosi się stopa w marszu, jak podnosi się pierś w oddechu, jak oddycha świat wokół pierwszych twórców, pierwszych narratorów, tak podnosi się i opada fraza, otwarta w napięciu i zamknięta ulgą. Rozłożona w sakralizowanym czasie sekwencja takich aktów mocy pozwala pojawić się formie. Na początku w jej podstawowym sensie: czegoś nie było, lecz wskutek pobudzenia woli – jest. Wyróżnia to nie tylko człowieka jako gatunek: wyróżnia to również twórcę jako kapłana, uczestników zaś jako wiernych. Od świata swobodnie i chaotycznie krążących potencjalnych sensów odgradza nas teraz sfera sacrum.
Jest więc rytm mikro – wniosek z obserwacji oddechu, oddech w konstrukcji słowa jako narzędzia języka, oraz rytm makro – sekwencje napięć, aktami woli wywołanych ze stanów asemantycznej równowagi. To dlatego oceaniczna pustka samotności absolutnej jest człowiekowi odebrana: w pełnym znaczeniu być, to być względem kogoś, lub przynajmniej czegoś – kogoś lub czegoś spoza granic siebie. Narażenie na niemożność spotkania poza swym "ja" rodzi w człowieku cierpienie niedomknięcia. Spotykamy się – uwspólniamy swe bytowe terytoria – żeby wiedzieć, że istniejemy. Tajemnicą rytmu pozostaje fakt, że w spotkaniu nie znika: każdy współczynnik jest sam w sobie potencjałem napięcia tak samo jak rozluźnienia, spotykamy się więc tak, jak spotykają się elementy frazy: w pytaniach-odpowiedziach, w sinusoidach zgody-niezgody, w antynomiach doświadczenia i wiary. Podskórny rytm tych obecności napędza machinę świadomego istnienia. Może to dlatego ostatecznie nieosiągalne na naszych warunkach, w kosmosie naszego postrzegania i zdolności decydowania, okazują się wymarzone stany idealne, stany constans: ostatecznie nie ma całkowitej wolności, nie ma całkowitej zgody i poczucia całkowitej pełni. Bez tego rytmu napięć, walki i odpoczynku, buntu i uległości, przyzwolenia i odrzucenia, świadomość "ja" utkwiłaby w nieludzkiej próżni, bez tarcia, bez napędu, bez kierunku – bez sensu.
Świadomość rytmu, wpisane w człowieczeństwo poczucie rytmiczności naszego "ontosu", stwarza swoisty głód formy. Rośnie on w miarę trwania dzieła, gdy z każdą przeżytą w dziele chwilą, z każdą pokonaną miarą komunikatu buduje się w nas przekonanie, że spotkanie, w którym uczestniczymy, nie powinno być jałowe, że coś ze sobą niesie – coś, co może się wyjaśnić za chwilę; nie, jeszcze nie teraz; zaraz; może dopiero na samym końcu. To „napięcie oczekiwania” ma swe źródło w przeżyciu rytmu, który nieubłaganie odmierza czas przeżycia, archiwizując w pamięci poprzednie i obiecując następne. Kto już jest w dziele – nie uwolni się od tego oczekiwania, skazany zawsze wyłącznie na głodowe racje wiecznie zbyt krótkiego indywidualnego „teraz”. Rozwijany przed zmysłami komunikat nigdy nie karmi ich do syta; całość jest niedostępna, lecz to właśnie, paradoksalnie, staje się warunkiem realizacji dzieła.
Nie sposób żadnej rzeczy, zjawiska, doświadczać w ich pełni, więc tworzymy chłonnej świadomości obrazy z wycinków – ich wielkość, nasycenie treścią i rozumieniem zależy od operatywności zmysłów, od ich głębi wejrzenia. Dzięki temu porcjowaniu świata świadomość każdego postrzegającego układa obraz tego samego z jednostek nieznacznie zróżnicowanych (punkt widzenia), uzyskując na dnie oka swej świadomości obrazy ostatecznie nietożsame z obrazami innych. Różnica sposobów nasycania sensem stworzonej w ten sposób imitacji całości to paliwo spotkania. Nie ma szans spotkać samego siebie – jak nie ma szans, by pogodzić obiektywny czas (w znaczeniu strumienia przemian) z bezruchem "ego". Takie rzeczy są poza człowiekiem.
Człowiek sam w sobie byłby więc częścią nieznanej, bezimiennej jeszcze frazy. Domyka go i nazywa – spotkanie. Ono nadaje mu formę poprzez rytm wzajemności; bo forma jest układem napięć zachodzących względem siebie. Jak w muzyce choćby klasyczna gra dwóch tematów allegra sonatowego, zainicjowana wzajemną prezentacją (spotkanie w „ekspozycji”), prowadzona ze zmiennym losem (interakcja/dialog „przetworzenia”) i rozwiązana w fazie wniosków z tej ich przygody (rekapitulacja „repryzy”), czy wręcz jedna z prostszych form – [ABA (lub ABA1) + coda] – gdzie wzbudzona (A) do istnienia forma zatacza koło, odchodzi ku fazie przeobrażeń (B), niosąc niepokój zmian, by powrócić do materiału wyjściowego (A1), lecz dopełnionego zdolnością konkluzji, zamknięcia (coda).
Ale to nie koniec tajemnic rytmu. Aby bowiem mógł stworzyć w czasie przestrzeń, na której postrzeganie ujednolici się w stopniu umożliwiającym spotkanie (na przykład spotkanie się we wspólnym doświadczaniu, niezbędne dla utworzenia podstawowej wspólnoty) – potrzeba kolejnej szczególnej jego cechy, przeczuwanej już na poziomie frazy: musi być rozpoznawalnie powtarzalny; musi zawierać w sobie przeczucie powrotu; z encontre – rencontre. Aby było to możliwe potrzebny jest kolejny element, którego zdolność czyni człowieka tak szczególnym bytem: rygor. Rytm, skoro się wraz z pierwszym uderzeniem pojawi – zaburza dotychczasowy stan, pozbawiony celów chaos nienazwanych elementów przekształcając w utrzymywany staraniem porządek: porządek czasu, muzyki, opowieści – każdą wzajemność elementów tą dbałością uszlachetnionych. Organizuje odtąd tak środowisko, jak i odnajdującą się w nim osobę, a odbywa się to kosztem zasady utrzymania wkładu energii, co jest już aktem woli: wymaga trudu, narzuconego tak pierwotnemu chaosowi, jak i samemu człowiekowi.
Porządek, o ile nie dotyczy spraw uniwersalnych, przez to – niezależnych od człowieka, lecz danych mu bez pytania – wymaga właśnie starania (starania o powołanie go do istnienia, potem starania utrzymania go w ciągłości), które jest jego paliwem. Wobec tak narażonego na zmienność środowiska, jakie swymi potrzebami wytwarza wokół siebie ludzkie "ja", porządek jawi się jako akt woli, a zatem trud: bez wkładu energii – nie do uzyskania. Zachowanie rytmu to efekt sprzeciwienia się sobie samemu: grawitacja otoczenia ściąga bowiem wolę ku powierzchni constans, ku stanowi stagnacji, wytraca jej pęd, pęta przyśpieszenie. Losowe bodźce pobudzają ją w kierunkach z definicji niekoniecznie zgodnych z potrzebami, potrzeba zaś ma zawsze jeden cel: constans komfortu. Zachowanie rytmu to gotowość na rezygnację z tego (iluzorycznego zresztą) komfortu zjawisk stałych, akt sprzeciwu – a zatem w miejsce status pojawia się gotowość na processus: podjęcie ryzyka zmienności oraz trudu kontrolowania jej. Zachowanie rytmu, jako wyrazu podstawowego rygoru, to dowód na dojrzałość. Aby poruszyć jedną frazę – potrzeba tylko być. Aby odnieść do niej następną w tym samym rytmie – trzeba już chcieć. Aby zaś zbudować na tych dwóch wzór układu – wymagana jest inwestycja energii, a więc ryzyko potencjalnej straty. Nie stworzy niczego, nie wyrwie się z pola grawitacji stanu ktoś niegotów na takie ryzyko.
Strata. Czy w świecie tak ściśle określonym ekonomią zachowania energii jest szansa na jej wyrównanie? – szansa na wynagrodzenie zainwestowanej w Rytm energii? Wydaje się, że w świecie przyczyny i skutku, w warunkach po ujęciu wycinka chaosu w karby rygoru, dążenie do zachowania równowagi energii włożonej i otrzymanej jest koniecznością. Rzeczywiście: jeśli energia włożona w utrzymanie rytmu jest dzielona przez dwa niezależne ośrodki – dwa niezależne "ja" w relacji spotkania, tworzącej Opowieść – to energia ta jest oddawana; mianowicie w postaci sensu. Sens symbolicznej opowieści – owej narracji napięć, wywołanej splotem wzajemnej reakcji różnych "ja" – byłby jej owocem, wynikiem tajemniczego równania, warunkującym zasadność podjęcia trudu.
Opowieść dlatego jest opowieścią, że obiecuje swoistą „emisję sensów”. Uczestnicy opowieści spotkania otrzymują je w nagrodę za swój wzajemny trud podtrzymywania dwustronnej rytmicznej wymiany wolicjonalnych aktów ustosunkowania się. Jeśli zaś sensem opowieści rytmu jest wkład energii w budowanie narracji ciągłości, to sensem opowieści człowieka jest spotkanie. W atakującym spoza układu chaosie szansa na płynną opowieść – zwracającą tyle sensu, ile włożono w nią trudu utrzymania rygoru wzajemności – zostaje często zmarnowana. Ale przy odpowiednim wkładzie woli żywione tym staraniem o rygor Spotkanie ukazuje się człowiekowi jako opowieść dobra. A dobra opowieść – to sztuka.
Aleksander Kościów
lipiec 2011

|